Medytacja moja miłość

Medytacja – termin pochodzący od łac. meditatio – zagłębianie się w myślach, rozważanie, namysł. Dziś pojęcie to rozszerza się również na praktyki samopoznania i samodoskonalenia. Te z kolei mogą obejmować procesy tak przeciwstawne jak koncentrowanie się na określonych myślach czy pojęciach (medytacja nad czymś, kontemplacja) lub też ćwiczenie uważności bez osądzania czy tworzenia konstrukcji myślowych (ale i bez walki z przypadkowo powstającymi myślami), co zaleca na przykład zen. W słowniku można również przeczytać,  że medytację się praktykuje lub uprawia. Można też być w niej pogrążonym. Jest to stan, w którym mózg nierzadko zaczyna funkcjonować na falach theta, które generują najbardziej kreatywne, inspirujące stany umysłu. Przeciętnie medytacja kojarzy się z mnichami siedzącymi bez ruchu w buddyjskich klasztorach oraz z praktykami zalecanymi przez hinduskich guru znerwicowanym ludziom Zachodu, którzy przybywają do aśramów uciekając przed sobą i chcąc choć na chwilę zaznać ulgi od cierpienia, jakie gotuje im życie, które prowadzą. A według niektórych moich znajomych jest to rzecz, którą wypełniają sobie czas ludzie „odleciani”, niepraktyczni, mający niewiele wspólnego z „życiem” czyli w tym wypadku z nieustannym działaniem w świecie zewnętrznym. W pojęciu innych, z kolei, wokół medytacji unosi się aura mistycyzmu i jakiegoś nieziemskiego natchnienia – mówią, że trzeba siadać do niej w pozycji lotosu (pozycja najczęściej trudna do zniesienia dla człowieka Zachodu), specjalnie układać palce dłoni, zamknąć oczy i najlepiej jeszcze przybrać nawiedzony wyraz twarzy.

Gdybym miała określić, czym jest medytacja dla mnie, rzekłabym że czymś równie zwyczajnym i jednocześnie niezbędnym jak codzienna kromka chleba. Dla istoty świadomej jest to coś tak naturalnego jak oddychanie. Czy zazwyczaj zdajesz sobie sprawę, że oddychasz? A czy mógłbyś żyć bez oddychania? No właśnie… Stan medytacji jest zwróceniem się do wnętrza i jakby oglądaniem wszystkiego z perspektywy znacznie szerszej i głębszej niż ta, którą dysponujemy koncentrując uwagę wyłącznie na zmysłowym oglądzie świata zewnętrznego. Specjalne ułożenie ciała do medytacji, jak sądzę, było tradycyjnie zalecane, aby ułatwić wejście w stan skupienia i wyciszenia rozbrykanych zmysłów poprzez odcięcie bodźców zewnętrznych, jednak wcale nie jest niezbędne. Doświadczam wchodzenia w stan medytacji na zawołanie – w tramwaju, w samolocie, na parkowej ławce, w kolejce, podczas rozmowy. Nie wyobrażam sobie, by bez niej rozpocząć lub zakończyć dzień i robię to bez żadnych specjalnych warunków czy przygotowań… Bo nie jest to pozycja ciała, lecz pewien sposób przemieszczenia uwagi w głębiej położone rejony siebie i operowanie świadomością stamtąd.

Podoba mi się słowo uprawiać w odniesieniu do medytacji, lecz nie powiedziałabym, że uprawiam medytację – ja raczej uprawiam swój umysł. Umysł jest takim ogrodem zarośniętym najróżniejszą roślinnością, też chwastami czy roślinami trującymi. Medytacja jest czymś w rodzaju przechadzania się po owym ogrodzie, rozglądania się, obserwacji i wyrywania chwastów, tudzież pielęgnowania roślin, które mnie cieszą i które pragnę w nim mieć. Samoobserwacja prowadzi do zrozumienia jak pracuje umysł, czym jest wypełniony, pozwala pracować nad oczyszczaniem go ze śmieci i nad zmianą programów. W tym sensie medytacja uwalnia. Z czasem może pojawić się przebłysk, że poza umysłem są i rozleglejsze krainy – potężniejsze, wyższe części naszej istoty. Stamtąd płyną impulsy, które określamy mianem podszeptów intuicji, stamtąd płynie poczucie celu i odpowiedzi na pytanie co mamy tu do zrobienia i w ogóle po co to wszystko. W tym sensie medytacja jest narzędziem otwierającym drzwi do tych części nas i pozwalającym na udrożnienie połączeń z nimi.

Jeśli człowiek jest całkowicie zajęty zewnętrznym obrazem zjawisk i nigdy nie zastanawia się nad sobą, a zechce zacząć praktykować medytację, może być początkowo zniechęcony, a nawet przerażony. Zacznie bowiem docierać do niego cały bałagan i chaos, cały ten śmietnik jaki kłębi się w niezdyscyplinowanym umyśle (czyli w jego zaniedbanym od dawna ogrodzie). Również cały cień jaki ma w sobie, wszystko to, co zamiótł pod dywan bo wygodniej mu było się z tym nie konfrontować. To dlatego większość ludzi ucieka przed choćby chwilą ciszy, refleksji czy zagłębienia się we własnym wnętrzu. Są wiecznie w biegu, wypełniają każdy moment jakimś działaniem, włączają radio czy telewizor natychmiast po przekroczeniu progu domu, stosują też inne zagłuszacze. Uśmiecham się, gdy ludzie mówią mi, że nie medytują, ponieważ nie mają na to czasu. Tak jakby medytacja była czymś w rodzaju aktywności podobnej do tych wykonywanych w klubie fitness czy w innych kółkach zainteresowań. Na medytację nie potrzeba czasu – wymagana jest tylko decyzja o przesunięciu świadomości w głąb i zrozumienie, że wchodzenie w siebie jest niezwykle rozwijające i ważne; o wiele ważniejsze niż mnóstwo miałkich i nieistotnych rzeczy, na które jakimś dziwnym trafem znajdujemy czas w ciągu dnia.

Ostatnio w medytacji odczuwam i badam pewien punkt, który nazwałabym punktem środkowym. Jest to takie położenie huśtawki, w którym oba jej końce znajdują się na tym samym poziomie, żaden z nich nie jest ani wyżej ani niżej. To balans między światem wewnętrznym i zewnętrznym. To oglądanie tańca form zewnętrznych z perspektywy własnej głębi przy jednoczesnym niezaniedbywaniu działań w trójwymiarze. Ciekawy punkt, dobrze się tego doświadcza.

Moja medytacja jest najbardziej praktyczną rzeczą na świecie! Jest badaniem własnej głębi i procesem rozszerzania świadomości na coraz to nowe obszary. Działania które pochodzą z głębi świadomości są celowe, owocne i pozwalają mi na przyswojenie właśnie tych treści, po które tu przyszłam. Zwiększona samoświadomość uwalnia od cierpienia. Moja medytacja to pospieszny pociąg do wolności…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Witryna