Mój Drogi,

Zdradzę ci pewną tajemnicę. Wiesz dlaczego prawie nigdy nie robię „prawdziwych” zdjęć? Bo nie muszę. Od dziecka mam ukryty w głowie niewidzialny polaroid, który z cichym kliknięciem robi stop-klatki subiektywnie pięknych momentów życia, zatrzymuje sceny, ujęcia, zaskakujące refleksy świetlne, magiczne chwile nałożone na codzienną szarość kleistej przestrzeni tej psychoplanety. Zatrzymane na mgnienie w kadrze powiek – ułamki rozmów, wspomnienie czyjegoś uśmiechu, rozpryskujące świetliste krople trzepotanie skrzydeł ptaka w kałuży, ręce dziecka w czerwonej czapeczce uniesione ku niedosiężnej wiewiórce, dmuchawiec który przysiadł ulotnie na kurtce chłopaka w tramwaju i śnieżne gwiazdki osiadające na jasnych rzęsach K. Moje życie to miliardy takich chwil. Nie usiłuję ich zatrzymać ani zapamiętać. Istnieją tylko w TERAZ, do niego należą i w nim żyją swoim wiecznym życiem, nieskalane osądem czy porównaniem z chwilami-które-już-były lub mogłyby-być-jeszcze-lepsze. Pozwalam im istnieć świeżo i w pełni, zanim mój umysł opowie o nich jakąś historię, bo wtedy nie byłyby już sobą, nie byłyby już wolne.

I ty jesteś w nich obecny, zupełnie nieświadom swojego piękna – wiem o nim więcej niż ty sam. Błysk w twoim oku, twój profil w słońcu, zarys postaci w przestrzeni – jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny kształt. Spokojna pewność twoich palców spoczywających na kierownicy auta, zmęczone westchnienie, nagły głośny śmiech. Znam wyraz twoich oczu, gdy jesteś zadowolony i wiem, kiedy uciekasz. Wiem, jak pochylasz głowę w zadumie i jak unosisz rękę, żeby zapalić świecę. Pamiętam skomplikowany rysunek linii we wnętrzu twojej dłoni i tembr głosu wygrywającego tylko twoją melodię wypowiadanych zdań.

Jestem naznaczona twoim pięknem… Niekiedy odbiera mi ono możliwość ruchu, pozbawia słów, podobnie jak piękno innych ludzi i świata, który jest wokół mnie. Jest tylko wzruszenie rozchodzące się łagodnymi falami ciepła wokół serca, niczym kręgi na wodzie, gdy wrzuci się do niej kamyk. I mogę stać tylko nieporuszona i patrzeć, i wszelkie przypływające słowa wydają mi się zbyt nieporadne, by mogły oddać doskonałość tych chwil.

Nie zawsze używam skrytego w mej głowie aparatu. Zapisuję też historie na ciele, zamknąwszy wcześniej oczy, by obraz nie przesłaniał doznań tak dojmujących, że nie posiadam już sama siebie. Naprzemienny chłód i żar naszej skóry, rozgniatane czereśnie ust, wiatr oddechu rysujący niewidzialne kręgi na równinie pleców, piersi składane w darze koszyczkom dłoni. Opisana czułym brajlem miękka twardość naszych ciał pozostanie opowieścią w opuszkach palców i w delikatnej membranie ust. Zapisane na ciele…

Jak to dobrze, że spóźniłam się dziś na pociąg i mogłam przysiąść w ciepłym kącie dworcowej kawiarenki, by zatrzymać w kadrze szarego, zwyczajnego mężczyznę w okularach oraz towarzyszącą mu nieładną kobietę z warkoczem. Jego zachwycony wzrok błądzący po jej twarzy, jej promienny uśmiech, gdy odgarniała mu włosy z czoła, ich świat wypełniony radością, ich ręce śpieszące sobie na spotkanie. I cały wszechświat był dla nich, a oni sami tylko byli we wszechświecie, królowa i król pełni blasku. Moje nieporuszenie, moja wdzięczność, że wolno mi widzieć podobny cud, że wolno mi to zapamiętać.

Gdy jesteśmy bardzo młodzi i głupi, gonimy za mrzonkami i stajemy się złodziejami miłości, chcąc wyszarpnąć światu to, co uważamy w nim za najlepsze. Zwodzeni własną ślepotą, sądzimy że zakochujemy się w ludziach, bo są piękni. Kiedy dużo później, przy odrobinie szczęścia, przestajemy kraść i zaczynamy naprawdę kochać, odkrywamy jak bardzo się myliliśmy. Ludzie  s t a j ą  s i ę  piękni dopiero, gdy kochamy – miłość zawsze jest najpierw, pozwala widzieć to, co w kimś prawdziwe, zdejmuje łuski z naszych ślepych oczu i oto całe piękno jest nam dostępne, a my wzruszeni możemy już tylko patrzeć, być i dotykać życia w całej jego głębi. Bezbronni, pełni szczerego zachwytu, żywi i ludzcy, przebóstwiamy innych i sami doznajemy przebóstwienia przeglądając się w ich kochających oczach, będących oczami Boga i świata.

rose 2