Szczególnie w takie dni jak dzisiaj, szare, toczące się powoli niczym żarna poruszane przez starożytnych niewolników, lubię zaglądać pod powierzchnię rzeczywistości. Już milimetr pod jej skórą mnożą się inne światy, pulsują wymiary, których istnienia zazwyczaj nawet nie przeczuwamy zajęci obracaniem żaren i mieleniem codzienności, wyciskaniem z niej strawy dla ciała – w otępieniu, w pocie czoła, bezmyślnie. Uciekam więc od pustych spojrzeń i nieobecnych ludzi, z którymi dane mi było się dziś zetknąć, uciekam od ich nudnej pogoni za niczym, od ich patrzenia na zegarki i od ich złudzenia, że mają jakiś czas do zrabowania – czas który, jak im się wydaje, przeznaczą na coś, co ich nasyci, napełni, zapewni dobre samopoczucie. Rzeczywistość podskórna odwdzięcza się natychmiast za moje wniknięcie, rozkłada się przede mną wachlarzem synchroniczności, znaków, pozornych zbiegów okoliczności. I już wiem co nastąpi, gdy będę szła w tłumie ludzi, już to znam, już to przeżywałam – znów będę miała stop-klatki, małe zatrzymania, tak jakbym nagle ujrzała życie okiem innej kamery, ustawionej w innym miejscu. Lecz ja tej sztuki nie reżyseruję, ja tylko patrzę, a teraz patrzę inaczej, założyłam inne przesłony, nie to nie niemiecki ekspresjonizm w kinie, to było dawno…

Tu ludzie poruszają się w lekko zwolnionym tempie albo zastygają w nieświadomie przybranych pozach. Pędzący przed siebie grubas z aktówką, ubrany jak biznesmen: widzę jego niedokończone sprawy jak walą mu się na łysą głowę, czuję jego ciśnienie sto pięćdziesiąt na dziewięćdziesiąt, jego przerażenie i widzę że nie dotrze jutro do studentki, której płaci za szybki seks – po drodze umrze na zawał, zabierze go karetka, na ulicy zostanie otwarta aktówka, podeptana, ubłocona kurtka. Dalej chłopak z tulipanem, przestępuje z nogi na nogę, rozgląda się, czeka na dziewczynę, podekscytowany. Jest jednym wielkim pytaniem. Tak, ona przyjdzie, pójdą razem w kierunku swojej przyszłości, rozwiną ją niczym kolorowy chodnik, czy jest już określona skoro czas na nią został już wyznaczony?

W centrum handlowym niewidzące oczy poruszających się we wszystkich kierunkach postaci. Między nimi stara kobieta z podłużnym mopem tak smutna, że serce pęka. Przesuwa mop mechanicznie po określonej powierzchni podłogi, myślą rysuje na niej jakiś wielki prostokąt i potem wypełnia go krokami – spuchnięte, zmęczone nogi suną ciężko marząc o fotelu. Smętna, bezsensowna praca, wyczyszczony fragment podłogi zostaje natychmiast zadeptany przez bezlitosny tłum, a sprzątaczka zaczyna od nowa swoją syzyfową pielgrzymkę, tak samo zrezygnowana i bezwolna jak poprzednio. I podobnie niewidzialna. Kiedyś w centrum handlowym umarł na ławce bezdomny. Siedział tam i siedział, kiedy szłam w jedną stronę to leżał, a potem zwyczajnie umarł. Ludzie stali i gapili się jakby byli na zbiegowisku w TVN-ie, a rozjuszony strażnik klął na czym świat stoi, bo mężczyzna zabrudził ławkę fizjologią swojej śmierci. Modliłam się chwilę za niego, zwracając się bezpośrednio do duszy, która z pewnością wciąż była w pobliżu i przepraszałam go za taką śmierć, bezimienną, odartą z godności, nieludzką. Potem go zabrali, a zwariowany, pożądliwy świat toczył dalej swoją niezmordowaną grę. Pieniądze szeleściły w świątyni kapitalizmu, ludzie napychali torby towarami, kobiety o krwistoczerwonych ustach obracały się przed błyszczącymi powierzchniami luster przeglądając się w  swojej próżności bez żadnej miary, a niewolnicy – sprzedawcy, obsługa, sprzątaczki – obskakiwali ich służalczo, z przylepionymi uśmiechami. Lecz bardziej wnikliwe spojrzenie dojrzałoby w ich oczach potworne znużenie i nienawiść do tych, do których muszą się uśmiechać i przemawiać przymilnymi, zachęcającymi głosami…

Nie ma jednego świata, są różne światy. Nie wiem czemu je czasem widzę, pewnie dlatego że chcę. Czasami zdarza mi się to pozornie bez mojego udziału. Wydaje mi się, że chciałabym być po prostu bezproblemowa, miła, rozrywkowa i zabawna. Chcę mieć ładne sukienki, sto par butów, pieniądze i święty spokój. I kiedy wydaje się, że jestem na dobrej drodze do wygodnego życia lalki – bęc! Naskórek Matriksa pęka i rzeczywistość zalewa mnie, pochłania bez reszty, otwiera kody znaczeń, cały ten kalejdoskop powiązań, zależności, nakładek, znaków zapytania, a ja patrzę i patrzę bez końca…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *