Wrzesień, 2013 – Rzym i Watykan przed zdjęciem siatek. Wyprawiamy się w sam środek jaszczurzego gniazda, obejrzeć kwaterę główną strażników jednego z najcięższych więzień człowieczego umysłu – zinstytucjonalizowanej religii. Gdybym miała opisać Rzym jednym słowem, pierwszym które by mi się nasunęło byłoby słowo natłok. Natłok wszystkiego: turystów, zabytków, kościołów, przewodników którzy zastępują ci drogę dosłownie co chwilę, samochodów, skuterów, wrażeń, kolorów i Bóg wie czego jeszcze. Drugie słowo to warstwowość. Stojąc rankiem na balkonie hotelu, skąd mogłam oglądać wspaniałą panoramę miasta, wniknęłam w jego energię i poczułam jak powstawało warstwa po warstwie; każda nowa warstwa grzebała pod sobą poprzedni świat, niekiedy kryjąc go już bezpowrotnie. Na litych, solidnych fundamentach starożytności rozpanoszył się chrześcijański egregor, grabiąc i wykorzystując bez pardonu to, co dało się zawłaszczyć oraz unicestwiając wszystko to, co było dlań niepotrzebne i niepożądane.

Rzym 8Chodząc po ulicach i uliczkach Rzymu czasami natykałam się na miejsca, które odczuwałam jako przepełnione energią śmierci – to miasto zbudowane również na grobach i kamieniach, które niegdyś spływały krwią. Odczucia te zaskakują cię niespodziewanie, gdy spacerujesz po zabytkowych dzielnicach w jasny, słoneczny dzień lub zwyczajnie wychodzisz z pizzerii. Ruch, pęd, żywiołowość i dynamizm nagle zmieniają się w kłębiasty niepokój, rozbicie, rozproszenie… Jest w tym pewna dwoistość – z jednej strony oczy nie mogą się nasycić taką ilością architektonicznego piękna z różnych epok (pod tym względem miasto jest unikalne), z drugiej zaś coś zaczyna niepokoić, ciążyć, coś męczy, przytłacza. W pewnej chwili musiałam się skupić nad tym, żeby się nieco zamknąć, bo poczułam się za bardzo rozwibrowana.

Pierwszego dnia wybraliśmy się do Bazyliki św. Piotra i zastaliśmy przed nią tłumy. Środa – cotygodniowa audiencja – przywódca purpuratów przemawia do owieczek. Plac przed bazyliką pęka w szwach, gwar jak na Woodstock i takież klimaty: nic nie słychać (ludzie kłębią się, pokrzykują, jedzą, fotografują, przewodnicy usiłują sprzedać swoje usługi, naganiacze usiłują napędzić turystów przewodnikom) – główny celebryta widoczny z oddali na telebimie bezgłośnie porusza ustami. Popowa impreza z cyklu veni, vidi… – byłem, widziałem, sfotografowałem komórką:) Słychać miedź brzęczącą wszędy… Rozglądasz się za Bogiem? – Jedźmy, nikt nie woła…

Wycofujemy się, by dopiero na drugi dzień dać się namówić przewodnikowi na spacer po Watykanie. Jest starszym, niesłychanie gadatliwym Włochem, który nawija niezmordowanieWatykan 1 po angielsku. Na wysoko położonym tarasie oddalamy się nieco od grupy i zastanawiamy się, czy jakiś punkt siatki oriańskiej nie znajduje się przypadkiem w Ogrodach Watykańskich, które rozciągają się pod nami. To chyba całkiem prawdopodobne. W muzeach Watykanu oglądamy zagrabione w różnych miejscach skarby – rzeźby, malowidła, piękne przedmioty – i opuszczamy ramiona przytłoczeni przepychem nie do opisania. Czuję smutek na myśl, że wspaniali artyści, budowniczowie, rzeźbiarze oddawali swoje życie i talent w ręce tych, co się mienili namiestnikami Boga na Ziemi i uzurpowali sobie prawo, by tego Boga reglamentować wedle narzuconych przez siebie bezlitosnych reguł. Charakterystycznym elementem miasta są wysokie obeliski, niekiedy pokryte rzędami rysunków i egipskich znaków – wyglądają jak anteny ściągające informacje albo łączniki z mocodawcami władających umysłami ludzi kapłanów…

Watykan piorunTragedią ludzi jest to, że ci którzy nimi władali i w pewien sposób władają nadal, wpoili im mentalność niewolników, a uczynili to dając im jaszczurze prawo, religie, nakaz kultu, przekonanie, że są istoty lepsze i gorsze (kastowość, rodziny królewskie, kasta kapłanów) i wdrukowali im program czekania na Zbawiciela. I tak, Ziemianie zamiast się przebudzić i wyzwolić z niewolniczego położenia (poprzez zmianę programów i podwyższenie świadomości), tkwią w okowach starego matriksa czekając na Mesjaszy różnego autoramentu, którzy rzekomo kiedyś zstąpią z nieba i tego nieba im przychylą. Do zbawicieli wzdychają nie tylko wyznawcy tradycyjnych systemów religijnych. Mesjaszami nowej religii, jaką niewątpliwie stał się New Age, są na przykład przedstawiciele wysoko rozwiniętych cywilizacji, którzy przylecą tu, żeby nas oświecić, wziąć za rączkę i poprowadzić w przyszłość jak dziecko we mgle…

Niektórzy zachwycają się obecnym ziemskim namiestnikiem boga katolików – że taki ludzki, że głosi kościół ubogi, dyscyplinując swoich podwładnych, że to zapowiada wielkie Bazylika Św. Piotrazmiany. Uprzejmie nie wierzę. Poza tym czym każą nam się tu zachwycać? Przecież to, by istota (szczególnie ta, która mieni się duchowym przywódcą) żyła uczciwie, przyzwoicie, nie pasożytując na innych i nie krzywdząc ich powinno być czymś naturalnym, a nie wyczynem za który należy się jakieś specjalne uznanie. Mamy więc kuriozalną sytuację – księża muszą ograniczyć wydatki i tu i ówdzie zaczynają ponosić konsekwencje swoich złych czynów, więc wierny lud rozdziawia buzie z zachwytu. Czy nikt nie widzi ironii takiej sytuacji? I nie chodzi wcale o to, że nie ma „dobrych ludzi” w kaście kapłańskiej, bo na pewno i takich tam znajdziemy. Lecz nadal służą oni i podtrzymują żywot instytucji i struktury, która trzyma umysły ludzi w niewoli dogmatu i zmanipulowanej prawdy. Któż dziś dojdzie jakie było rzeczywiste przesłanie wysoko rozwiniętej duchowej Istoty zwanej Jezusem? O przeczuciach i strzępkach informacji na ten temat napiszę kiedyś w innym miejscu.

We wnętrzu Bazyliki Św. Piotra zrobiliśmy sobie proces, którego szczegóły chcę pozostawić dla siebie. Ogólnie rzecz biorąc chodziło w nim o oddanie tego, co nie nasze, a co nam narzucono (choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o programy religijne, mogę się uważać za szczęściarę – wiele mnie z tego w tym życiu ominęło; jednak uważność zawsze wskazana – wszak nie wszystko sobie uświadamiamy) oraz odebranie tego co nasze, a co nam zabrano… Dla mnie to było bardzo poruszające, zwłaszcza że miałam wrażenie, iż robię to w imieniu całego swojego systemu rodzinnego.

Muszę powiedzieć, że wyprawa do Rzymu nie była wyłącznie sielanką, dało się odczuć ciężkie energie i to, że trochę pakujemy kij w mrowisko. Mój towarzysz podróży też wydawał się momentami przechodzić jakieś trudne procesy, coś go też przytłaczało, niepokoiło.

Podczas lotu powrotnego dosłownie z każdą minutą gdy samolot unosił się w górę, czułam się coraz lżejsza i bardziej oczyszczona z tego, co na mnie w Rzymie osiadło. Zamknęłam oczy i odpłynęłam, wchodząc w kontakt z… Ale to już zupełnie inna historia:) Arivederci Roma!

    Rzym 4         Rzym 3Rzym 1

Jedna uwaga do wpisu “Rzym i Watykan – wyprawa do jaszczurzego gniazda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *