To, co najbardziej kochasz

„Pozwól, by cicho wabił cię dyskretny urok tego, co najbardziej kochasz” Rumi

Pozwól sobie robić to, co najbardziej cię pociąga, co przynosi największą radość, ekscytację, zadowolenie. Często rozpoznasz to po łatwości z jaką będzie to z ciebie wypływać, po gracji i naturalności z jaką będzie wykonywane działanie. Będzie to inna łatwość niż ta wynikająca z faktu, że coś już po prostu doskonale umiesz i znasz, nie taka, z którą łączą się rutyna i znudzenie. Znajdziesz się we właściwych miejscach o właściwym czasie, spotkasz właściwych ludzi, będziesz w harmonii, rezonansie, synchronii z przenikającym wszystko duchem Życia. Postępuj tak, choćby to, co kochasz robić wydawało się nie przystawać do struktury obecnego świata, nie rokować „sukcesu”, choćby chwilowo nie cieszyło się aprobatą środowiska. Pozostań głuchy na opinie otaczających cię ludzi, którzy chętnie obarczą cię negatywnymi przekonaniami na temat własnych możliwości samorealizacji, projektując je na ciebie. Nie martw się, jeśli nie potrafisz odpowiedzieć im na pytanie, co będziesz z tego miał. Po prostu rób to, co najbardziej kochasz.

Kiedy byłam jeszcze studentką, pasjonowałam się przekładem literackim, którego w zasadzie nigdzie nie uczono – trzeba było doskonalić się samemu. Postanowiłam, że przetłumaczę powieść współczesnej angielskiej pisarki, która mi się szczególnie spodobała. Rzecz jasna chciałam to zrobić tak po prostu, dla siebie, bo przecież nie miałam na ten przekład zamówienia od żadnego wydawnictwa. Zabrałam się do dzieła i… przepadłam. Godzinami wystukiwałam tekst na małej maszynie do pisania, balansując w subtelnej przestrzeni między dwoma językami, dobierając jak najodpowiedniejsze słowa, błądząc między meandrami znaczeń. Często byłam w przepływie, czułam jak gdyby prowadził mnie Duch tekstu. Właściwie to mnie nie było, było coś większego, co wzięło mnie w służbę, a ja wykonywałam ją z największą przyjemnością. Zmęczenie? Coś takiego nie istniało. Niemal nie zważałam na westchnienia bliskich, którzy litowali się nade mną, zastanawiali po co wkładam wysiłek w coś takiego i pytali, co będę z tego miała. Jakiś tydzień po ukończeniu tłumaczenia spotkałam kolegę ze studiów, który, jak się okazało, zatrudnił się w dużym wydawnictwie jako osoba czytająca obcojęzyczne książki i decydująca, które z nich nadawały się do wydania. Od niego dowiedziałam się, że wydawnictwo kupiło właśnie prawa do „mojej” powieści i jest na etapie poszukiwania tłumacza. Nietrudno się domyślić, że moje tłumaczenie natychmiast do nich powędrowało i… przeszło zaledwie z kosmetycznymi poprawkami! Nie chciano uwierzyć, że to był debiut translatorski… Po kilku miesiącach trzymałam w rękach swoje pierwsze opublikowane tłumaczenie i czułam zadowolenie, choć radość moja ani w połowie nie była tak wielka jak tamta, gdy kołysałam się w cudownym świecie słów i budowałam most między tekstem angielskim i polskim, kreując przestrzeń, w której owe dwa językowe światy mogły się wreszcie spotkać.

Dzięki tej, wbrew pozorom, prawdziwej historii miałam szczęście nauczyć się na dość wczesnym etapie życia dwóch bardzo ważnych rzeczy. Że bez względu na okoliczności warto pozwolić sobie robić to, co najbardziej nas pociąga, porusza, wzywa, pasjonuje. I że to sam proces tworzenia, samo bycie w tym będzie dawać radość największą. Pozwól sobie robić to, co najbardziej kochasz. Nie może to przynieść nic innego poza szczęściem:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Witryna